Pokusa jest zrozumiała. Nowy profil firmowy z 47 obserwującymi wygląda słabo, a pakiet 1000 followersów kosztuje tyle co obiad. Tylko że na Instagramie liczba obserwujących nie jest paliwem dla zasięgów – jest ich dzielnikiem.
Mechanizm w skrócie: post nie idzie od razu do wszystkich. Najpierw trafia do małej próbki i platforma patrzy, co ludzie z nim zrobią – dooglądają, zapiszą, wyślą znajomemu, skomentują. Dobry wynik na próbce = szersza dystrybucja. Kupione konta nie robią nic z tych rzeczy, ale od razu wchodzą do mianownika.
Na liczbach:
- 500 realnych obserwujących, 30 reakcji pod postem → ok. 6% zaangażowania
- ci sami ludzie, ten sam post, ale po dokupieniu 5000 kont → ok. 0,5%
Treść identyczna, sygnał dziesięć razy gorszy. W efekcie profil po zakupie dociera do mniejszej liczby realnych osób niż przed.
Do tego trzy rzeczy, o których się rzadziej mówi:
- Czyszczenia. Meta okresowo kasuje fałszywe konta, więc licznik i tak spadnie – tylko że wtedy w statystykach wygląda to jak ucieczka obserwujących.
- Zepsute dane reklamowe. Jeśli potem odpalacie kampanie na grupach podobnych odbiorców, system uczy się na bazie wymieszanej z botami z drugiego końca świata. Płacicie za gorsze targetowanie jeszcze wiele miesięcy po tym jednym zakupie.
- Utrata punktu odniesienia. Przy rozwodnionej bazie nie odróżnicie słabego posta od słabej publiczności, więc każda decyzja o budżecie staje się zgadywanką.
No i najbardziej praktyczne: klienci to widzą. 20 tys. obserwujących i cztery lajki pod postem to sygnał czytelny dla każdego, kto choć trochę siedzi w social mediach.
Co zamiast tego, jeśli budżet jest mały:
- reklama z celem „wiadomości" albo „kontakt" zamiast „polubienia profilu", i wąsko geograficznie, jeśli firma jest lokalna,
- retargeting na osoby, które już obejrzały rolkę lub weszły na profil – najtańsze konwersje są właśnie tam,
- treści pisane pod zapis i udostępnienie, a nie pod lajka: poradnik krok po kroku, „przed i po", porównanie cen, odpowiedź na pytanie, które pada na każdym spotkaniu z klientem,
- mikrotwórca z lokalnego rynku i 3 tys. zaangażowanych obserwujących zrobi więcej niż konto z 50 tys. przypadkowych.
Rozpisałem to szerzej u siebie na blogu, razem z tym, jak sprawdzić, czy konto (swoje albo influencera) ma sztuczne obserwacje: kupowanie followersów na Instagramie – czy to się opłaca. Zaznaczam, że to mój link, więc jeśli regulamin nie pozwala – moderacjo, kasuj bez litości.
Ciekaw jestem doświadczeń z drugiej strony: ma ktoś tu przypadek, w którym kupione obserwacje faktycznie coś dały, choćby na starcie? Bo ja spotykam głównie profile, które po takim zakupie musiały odbudowywać zasięgi od zera.



